Oddziały mongolskie, które w 1241 roku uderzyły na Polskę były częścią zawodowej, bardzo doświadczonej i zaawansowanej technicznie armii. W tym kontekście, to co stało się w końcowej fazie bitwy legnickiej wydaje się zupełnie prawdopodobne. Wobec potężnego uderzenia polskiej rezerwy Ordu zdecydował się na użycie „dymów”. Nie wydaje mi się bys poza ikonografią (jest co najmniej jeden kodeks poswiecony w znacznej mierze tejże bitwie i pieczęcie książęce) znalazł coś konkretnie na temat bitwy pod Legnicą ale śmiało mozesz poszukać typowych przykładów z epoki i regionu, chyba, że chcesz odtwarzać jakąś konkretna postać Pawłowice Małe pod Legnicą. Można tu kręcić horrory, to prawdziwa wieś-widmo. Mateusz Różański. 2 października 2023, 15:11 3. Co się stało z ich mieszkańcami? Szukali miejsca bitwy pod Legnicą, znaleźli skarb. To ozdoby i monety sprzed tysiąca lat [ZDJĘCIA] Bitwa pod Legnicą 14.12.2018, 21:05 Bitwa pod Legnicą, Legenda o świętej Jadwidze (1353) Czas : 9 kwietnia 1241. Miejsce : Dobre Pole. Terytorium : Śląsk. Przyczyna : szybki pochód wojsk mongolskich . Wynik : zwycięstwo wojsk mongolskich . Strony konfliktu Klęska pod Legnicą wstrzymała na długie lata proces jednoczenia państwa polskiego. W latach po najeździe utrwaliły się czynniki decentralizujące, prowadzące do jeszcze większego rozdrobnienia dzielnicowego. Sytuacja taka osłabiła możliwości obronne ziem polskich, a także pozycję polityczną Polski w tej części Europy. . Wszystkie służby z Włocławka na tamie. Coś stało się na tamie we Włocławku - taką informację dostaliśmy od internautów, którzy przesłali też zdjęcia. Sprawdzamy. Od około godziny 17 trwała akcja ratunkowa na Wiśle w okolicy tamy we Włocławku. Na miejscu są wszystkie służby. W akcji biorą udział: WOPR, Pogotowie, Straż Pożarna i razie nie wiemy co się dokładnie stało. Nieoficjalnie mówi się, że ktoś (mężczyzna) skoczył z tamy. Według relacji świadków mężczyzna wynurzył się, zaczął płynąć, ale potem zniknął pod z Włocławka i powiatu włocławskiego przez Kujawsko Pomorską PolicjęCo z kompleksowym remontem drogi na tamie we Włocławku? Kierowcy się niecierpliwiąW akcji są aż 4 łódki na Wiśle. W związku z akcją ratowniczą występują kłopoty w ruchu drogowym na tamie. Akcja ratownicza na Wiśle we Włocławku zakończona [zdjęcia] Aktualizacja (1)Jak informuje Wojewódzka Straż Pożarna w Toruniu z nieustalonych przyczyn z tamy do rzeki Wisły wpadłmężczyzna w wieku ok 40 lat. Przez chwilę był na wierzchu i zniknął pod wodą. Na miejscu 4 zastępy straży (w tym Grupa Wodno-Nurkowa).Aktualizacja (2)Około godziny mężczyzna został wyłowiony (znalazł go nurek). Trwa reanimacjaAktualizacja (3)Reanimacja po ponad 30 minutach została zakończona. Stwierdzono osób zarażonych koronawirusem w Kujawsko Pomorskiem, 72 zmarły [aktualne dane]Koronawirus: włocławski, lipnowski, aleksandrowski, rypiński, radziejowski [dane]Polecane ofertyMateriały promocyjne partnera W styczniu pod Legnicą natrafiono na ciało mężczyzny. Utonął on w stawie, w Bieniowicach (powiat legnicki). Wciąż nie wiadomo, kim był. Prokuratura szuka osób, które go znały i pokazuje charakterystyczny zegarek, który należał do denata. To był styczeń 2020 roku, gdy właściciel stawu w Bieniowicach prowadził w nim prace porządkowe i natknął się na zwłoki. Były w znacznym stadium rozkładu. Prokuratura zleciła sekcję zwłok i wtedy okazało się, że to ponad 40-letni mężczyzna, który miał nieco ponad 170 centymetrów wzrostu. Ustalono, że umarł kilka miesięcy wcześniej, najpewniej pod koniec lata 2019 roku. Nie wiadomo, kim był denat. Prokuratura znalazła przy nim jednak pewien przedmiot. To zegarek z charakterystycznym cyferblatem. Być może ktoś rozpoznaje czasomierz? Osoba taka proszona jest o kontakt z legnicką prokuraturą rejonową. Kilka miesięcy temu do śledczych przyszła pewna kobieta, być może córka zmarłego. Ale porozmawiała tylko z portierem i zniknęła. Niewykluczone, że przestraszyła się, że będzie musiała ponieść koszt przechowywania zwłok i pogrzebu. W prokuraturze uspokajają: nikt nie będzie za nic musiał płacić, bo wszystko sfinansował Skarb Państwa. Prokuratura wyjaśnia tajemniczą śmierć Książę Henryk ocalał i został w przyszłości królem Polski następca śląskiego księcia Henryka Brodatego urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Przyszły król Polski i obrońca chrześcijańskiej Europy był trzecim z kolei synem swego ojca, jednak wyprzedzający go w kolejce do sukcesji starsi bracia Bolesław i Konrad szybko zeszli z tego świata. CZYTAJ ALTERNATYWNĄ HISTORIĘ ŚLĄSKAHenryk Brodaty szybko docenił zdolności jedynego pozostałego mu syna, powierzając młodemu księciu rządy nad częścią podległych mu dzielnic Polski. A tych było niemało - pod koniec życia Brodatego dzierżył on w ręku wypływającą z rozmaitych tytułów władzę nad całym Śląskiem, Małopolską i częścią Wielkopolski. Stary książę czuł się już na tyle silnym, że rozpoczął starania o dosłowne ukoronowanie dzieła swojego życia - godnością królewską dla siebie bądź swego syna. Zmarł jednak w 1238 r., a dla jego dziedzica z miejsca rozpoczęły się KONIECZNIE:Alternatywna historia Śląska ZOBACZ KONIECZNIEMłody książę Henryk nie zdołał utrzymać pełnej kontroli nad Górnym Śląskiem i częścią Małopolski, gdzie jego podporządkowani dotąd Brodatemu piastowscy kuzyni podjęli próbę usamodzielnienia się. Musiał też walczyć z Brandenburczykami w obronie Ziemi Lubuskiej - tu z pełnym zresztą powodzeniem. Mimo wszystko jednak realna władza Henryka zostałaby zapewne w końcu ograniczona do dziedzicznego Dolnego Śląska, gdyby nie słynny najazd Mongołów, który w roku 1241 spadł na Europę azjatyccy koczownicy spustoszyli Małopolskę i Śląsk. Zniszczeniu uległy Sandomierz, Kraków, Opole i Wrocław. 9 kwietnia pod Legnicą książę Henryk ze swoją armią wydał najeźdźcom walną bitwę. Mimo dosyć wyrównanych sił Piasta zaskoczyła zupełnie obca mu taktyka napastników, którym, co gorsza, udało się sprowokować część chrześcijańskich hufców do ucieczki. Henryk poprowadził swoich rycerzy do desperackiego ataku, katastrofalnie zakończonego w zmasowanym ogniu mongolskich łuków. Książę, kiedy go raniono i zabito pod nim konia, zginąłby niechybnie, lecz w decydującym momencie otoczyli go murem zbrojni w śmiercionośne kilofy górnicy ze Złotoryi. Gdy i oni dobywali już ostatku sił, w sukurs przyszło kilkuset templariuszy. Ale nawet i zabójcze umiejętności bojowe tych średniowiecznych komandosów nie odwróciłyby pewnej już śmierci księcia i całkowitej klęski jego wojsk. Do tego potrzeba było cudu!I taki cud się zdarzył. Niespodziewanie nad polem bitwy rozpętała się przerażająca nawałnica. Gwałtowne oberwanie chmury połączone z gradobiciem uczyniły walkę całkowicie niemożliwą i wymusiły jej przerwanie. Bitwa pozostała nierozstrzygnięta, a obie strony wycofały się zachowując zdolność bojową. Rannego Henryka templariusze uwieźli z pola do zamku w Legnicy. Tam na szczęście okazało się, że rany, choć bolesne, w żaden sposób nie zagrażały jego życiu. Książę szybko wyciągnął wnioski z omal co nie zakończonej tragicznie KONIECZNIE:Alternatywna historia Śląska ZOBACZ KONIECZNIEW najbliższych tygodniach unikał kolejnej walnej rozprawy, prowadząc z Mongołami wojnę szarpaną na wzór swego przodka Bolesława Krzywoustego. Los mu sprzyjał. Ku zaskoczeniu wszystkich, wojska nieprzyjacielskie wycofały się bez walki i pomaszerowały na Morawy. Dziś już wiemy, że uderzenie na północ od Karpat i Sudetów pełniło rolę pomocniczą, mając zabezpieczyć główną operację skierowaną przeciw Węgrom. Mongołowie wkrótce zresztą całkowicie opuścili Środkową Europę. Było to spowodowane wieściami z dalekiej Azji o zgonie Wielkiego Chana Ugedeja, co zapoczątkowało okres rywalizacji o władzę nad mongolskim innego, jak właśnie najazd mongolski pozwolił księciu Henrykowi niespotykanie umocnić swoją pozycję polityczną. Umiejętnie podsycana przezeń propaganda, głosząca, że najeźdźcy z pewnością zaatakują Polskę ponownie i tylko silny władca będzie w stanie ich odeprzeć, okazała się skuteczna. Ruiny i zgliszcza spalonych stolic dzielnicowych mówiły wszak same za siebie... Obrońca chrześcijańskiego świata i bohater spod Legnicy z powodzeniem sięgnął po królewską koronę, którą uzyskał od papieża Innocentego IV w roku 1245 na soborze w było naprawdęW 1241 r. Mongołowie najechali Polskę i dotarli aż na Śląsk. W bitwie pod Legnicą to oni odnieśli zwycięstwo, a ksiażę Henryk Pobożny poległ.*Marsz Autonomii 2012 ZDJĘCIA, WIDEO, OPINIE*Wielki koncert Guns N'Roses w Rybniku ZOBACZ ZDJĘCIA, WIDEOPolecane ofertyMateriały promocyjne partnera Spadek z ligi zawsze zwiastuje rewolucję w klubie. Zmiana klasy rozgrywkowej na niższą skłania włodarzy klubu do ponownego przemyślenia strategii jego prowadzenia, a co za tym idzie korekty w składzie. Również sami zawodnicy, nie chcąc grać w słabszych rozgrywkach, opuszczają pokład w poszukiwaniu innego pracodawcy. Wobec ostatniego miejsca, jakie Podbeskidzie zajęło w zakończonych przed kilkoma tygodniami rozgrywkach, można się było więc spodziewać, że spora część piłkarzy zmieni barwy. W ostatnich dniach z drużyną pożegnali się Jakub Kowalski, Samuel Stefanik oraz Wojciech ostatniego z nich, 32-letniego golkipera, spadek z Ekstraklasy to nic nowego. Tej sztuki dokonał bowiem drugi raz z rzędu i trzeci w karierze. Oczywiście, należy pamiętać iż akurat w tym roku nie miał w tym większego udziału - praktycznie cały sezon spędził bowiem na ławce rezerwowych, jednak nie przypadkiem w czterech ligowych meczach w których wystąpił, wpuścił aż dwanaście bramek. Zawrotną średnią trzech na spotkanie wyśrubował w przegranych przez bielszczan 0:5 starciach z Legią Warszawa oraz Lechią Gdańsk. Nie można więc powiedzieć aby w tym sezonie przynosił swojemu zespołowi szczęście. Podobnie jak przed rokiem bydgoskiemu Zawiszy. Z tą różnicą, że wobec transferów, na murawie nie spędził nawet minuty, a i na ławce z rzadka można było go obejrzeć. Ostatnim względnie udanym rokiem dla Wojciecha Kaczmarka jest więc 2013/2014. Wtedy był prawdziwym pewniakiem w bramce swego zespołu. Opuścił tylko jedno spotkanie w lidze, a niezłymi występami w Pucharze Polski miał spory wkład w zdobyciu przez Zawiszę tego historycznego tytułu. Wszak gdyby nie obronione przez niego rzuty karne Djordje Cotry oraz Sebastiana Boneckiego, to Zagłębie Lubin wyszłoby z tego starcia z Bydgoszczy pojawił się natomiast w 2012 roku, po pierwszym w swojej karierze spadku. Będąc pierwszym bramkarzem Cracovii bez wątpienia dołożył trzy grosze do porażek najstarszego polskiego klubu. Analizując karierę tego 32-letniego bramkarza, można więc powiedzieć, że jego życie to pewnego rodzaju sinusoida - triumfy przeplatał ze słabszymi latami. Ostatnie dwa lata to jednak kolejne spadki. Czy w przyszłym sezonie przełamie tę niekorzystną passę?Dla Słowaka, Samuela Stefanika z kolei, jest to dopiero premierowy spadek z polskiej ligi. Biorąc pod uwagę, że w naszym kraju jest dopiero od zimy, nie jest to wybitne osiągnięcie. Do Bielska na zasadzie wypożyczenia trafił ze Slovana Bratysława. Teraz, po czternastu meczach rozegranych w Ekstraklasie i trzech zdobytych golach, wraca do swego rodzimego kraju. Czy zostanie u nas zapamiętany? Prawdopodobnie nie. Zanim jednak do końca polscy kibice wymażą go z pamięci, warto w drodze ciekawostki przypomnieć, że w Podbeskidziu grał bądź co bądź były reprezentant kadry A Słowacji oraz holenderskiego NEC Nijmegen. Ostatnim który opuści szeregi Podbeskidzia jest Jakub Kowalski. On również w klubie z Bielska Białej nie spędził zbyt dużo czasu. Dokładnie 11 miesięcy. Rok temu przywdziewał jeszcze barwy chorzowskiego Ruchu. W aktualnym sezonie stanowił o sile zespołu Podbeskidzia. Zagrał w 32 spotkaniach ligowych oraz dwóch Pucharu Polski. Nie może jednak pochwalić się imponującym bilansem bramkowym - do siatki trafił tylko raz - 20 lutego pokonał Jasmina Buricia w wygranym przez Podbeskidzie 4:1 spotkaniu z Lechem. Kowalski nigdy nie był jednak bramkostrzelnym zawodnikiem. Jego atutem jest gra w środku pola, a także kreatywność na połowie rywala. Prezentował ją w Ruchu Chorzów. W barwach Niebieskich walczył dwa lata i to właśnie z klubem z ulicy Cichej odniósł wydaje się największe sukcesy - trzecie miejsce w lidze, a co za tym idzie występy w Lidze Europy. Czy to osiągnięcie uda mu się kiedyś powtórzyć? Czas pokaże. Mało prawdopodobnym, aby stało się to w Podbeskidziu. Tylko w Fakt24: Wgniótł mu twarz do wnętrza czaszki. Tak wypędzał demona Data utworzenia: 2 maja 2019, 14:28. Do tej tragedii doszło w samym centrum Legnicy (woj. dolnośląskie). 65-letni Leszek N., jak co dzień, wyszedł rano po pieczywo. Nie dane mu było jednak dotrzeć do celu. Został zaatakowany przez nieznajomego 28-latka. Marcin M. zmasakrował głowę i pierś starszego pana, jakby chciał obcasem wbić go w ziemię. Twierdził, że wypędzał demona. Fakt24 dotarł do szokujących szczegółów tej historii. Zabójca z Legnicy Foto: Piotr Twardysko / BRAK Marcin M. (30 l.) dwa lata temu pracował jako sprzedawca w sklepie internetowym. Skończył jedynie gimnazjum i nie miał wyuczonego zawodu. W Świebodzicach mieszkał z dziewczyną, Dorotą (34 l.), ich wspólną 2,5-letnią córką oraz dwojgiem dzieci kobiety z poprzedniego związku. Sam również miał 5-letniego syna z innego związku, który nie mieszkał jednak z nimi. Problemy z narkotykami zaczęły się u niego już w wieku 13-14 lat. Do tej pory był agresywny wyłącznie w stosunku do siebie samego. Kilkukrotnie podejmował próby samobójcze. Wobec dzieci był jednak opiekuńczy i kochający. Nigdy nie podniósł na nikogo ręki. Aż do 18 listopada 2017 r. Zabił niewinnego człowieka, bo „podpisał pakt z diabłem” Co ciekawe, w czasie procesu Marcin M. przyznał się do zabójstwa, ale nie do posiadania narkotyków, które przecież przy nim znaleziono. „Chciałbym przeprosić rodzinę pokrzywdzonego i zapewnić o tym, że nie miałem żadnego wpływu na to zdarzenie” - mówił zwracając się do siostry i opiekunki swojej ofiary. „Żeby zrozumieć to, co się stało, najpierw trzeba zrozumieć, w jaki sposób przez kilka lat postrzegałem rzeczywistość.” Zobacz także Opowiedział o tym, jak w 2011 r. jego bliski przyjaciel Paweł, z którym wspólnie planowali muzyczną karierę, popełnił samobójstwo. To wtedy Marcin zaczął interesować się duchami i okultyzmem. Trzy lata później otrzymał propozycję nagrania płyty w dużej warszawskiej wytwórni muzycznej. „Moim zdaniem ta cała sytuacja, o której mówię, miała związek z dokonanym przeze mnie zabójstwem, ponieważ w 2014 r. podpisałem pakt z diabłem”. Miał zaprzedać duszę w zamian za karierę muzyczną. Jednak głosy słyszał od dawna. „Matka zachęcała mnie do odwiedzenia egzorcysty, konkubina - psychiatry. Coraz więcej czytałem na temat satanizmu. Raz zdarzyła się sytuacja, gdy mówiłem moim bliskim wielokrotnie, że mnie tu nie ma, że jestem szatanem.” W swoim otoczeniu szukał przekazów od nadprzyrodzonych sił, wierzył, że ma z nimi kontakt. „Miałem jednego znajomego, z którym rozmawiałem na temat szatana, satanizmu, na temat tego, w jaki sposób myślę i postrzegam. Ten człowiek daleko w życiu zaszedł jako przedsiębiorca i uświadomiło mi to, że ci ludzie też są satanistami”. Dwa tygodnie przed zabójstwem miał sen na temat ul. Chojnowskiej w Legnicy. Śnił, że jego szef zaparkował tam swój samochód, w którym jako pasażer siedział nieznajomy mężczyzna oraz jakaś niepokojąca postać. Czuł, że gdy pójdzie na tę ulicę, naprawdę zdarzy się coś złego. W złym miejscu, w fatalnym czasie Feralnego poranka Marcin ponownie poczuł się prześladowany. Poprzedni wieczór, ubrany cały na czarno, z satanistycznym różańcem na szyi, spędził z kolegami pijąc wódkę i biorąc narkotyki w kilku legnickich pubach. Zabawę skończyli nad ranem w „Spiżarni”. Stamtąd Marcin poszedł na pobliskie targowisko, gdzie... chciał zabrać okulary obcemu mężczyźnie. Zrobił to, ponieważ przypominały mu te, które nosił były partner jego dziewczyny. „Wierzyłem, że jak zabiorę mu te okulary, to ci ludzie nie zdołają odebrać mi energii”. Później zaczął demolować skrzynki z warzywami i owocami. Sprzedawczyni wspominała w swoich zeznaniach, że ten ubrany na czarno mężczyzna w koralach przeraził ją, ponieważ nic nie mówił, tylko sapał i miał „dziwny wzrok”. Oświadczyła, ze wzywa policję, więc uciekł. Pobiegł w kierunku ul. Chojnowskiej, której tak się obawiał i zauważył idącego po bułki 65-letniego Leszka N. „Zacząłem biec w jego kierunku, bo chciałem się dowiedzieć, kim jest ten człowiek. Czułem, że ma jakieś połączenie z osobą z mojego snu. Gdy byłem bardzo blisko zauważyłem, że jest on starszą osobą, że od tyłu przypominał zmarłego ojca mojej konkubiny.” Choć nigdy nie miał z nim żadnego konfliktu, poczuł się „prześladowany przez energię partnerki i jej rodziny”. Gra w zabijanie i wypędzanie demona Przewrócił mężczyznę na ziemię. „Wtedy nie myślałem, że to jest człowiek”. W swojej ofierze widział demona, który przywołał ducha zmarłego, by go dręczyć. „Kazałem mu, by mnie przeprosił”. Gdy to zrobił, Marcin poczuł ulgę. Zaczął odchodzić, ale - jak twierdzi - usłyszał za plecami jedno krótkie słowo: „ch*j”. Wtedy zaczął zachowywać się jak automat. Wrócił do 65-latka. Zaczął go kopać po głowie i klatce piersiowej. „Jak go kopałem, to myślałem o innych rzeczach. Przypomniała mi się gra, w którą grałem z tym przyjacielem, który popełnił samobójstwo, w której bohater kradł samochody i zabijał ludzi. Spojrzałem w kierunku ul. Rycerskiej, przy której mieszkał ten kolega i krzyknąłem: Masz swoje GTA!” W pewnym momencie przestał masakrować swoją ofiarę. Stanął nad nim i kątem oka dostrzegł mężczyznę ubranego na czarno. „Skojarzyło mi się to ze śmiercią i przeszło mi przez myśl, że coś takiego się dzisiaj wydarzy.” Nagle zauważył, że z kieszeni pobitego wysunął się policyjny lizak. „Dlaczego mnie, ku**a, prześladujesz?” - wrzasnął i znowu zaczął kopać 65-latka. Twierdzi, że wtedy ofiara powiedziała znowu jedno słowo: „bij”. „Byłem przekonany, że ustami tego człowieka przemówił demon. Zacząłem go bić jeszcze mocniej, jeszcze silniej niż wcześniej, bo chciałem się go po prostu pozbyć.” Nie przestał nawet, gdy policjanci próbowali go powstrzymać. „Zacząłem kopać pokrzywdzonego jeszcze mocniej, dlatego że nie chciałem, żeby mi przeszkodzili w tym, co robię - to jest w odprowadzaniu demona do piekła”. Jeden z policjantów, którzy pojawili się wtedy na miejscu zdarzenia, zeznał, że faktycznie, na chodniku leżał „lizak”, czyli tarcza do zatrzymywania pojazdów, a oskarżony „zadawał uderzenia nogą od góry, tak jakby chciał coś zgnieść”. Był przy tym szokująco spokojny, nie okazywał żadnych emocji. Wokół było mnóstwo krwi, a twarz i klatka piersiowa ofiary zostały zmasakrowane. „Jego twarz nie przypominała twarzy człowieka. Nie miał twarzy i głowy” - wspominał później inny policjant. 65-latek w momencie interwencji już nie oddychał. Kim był zamordowany Leszek N.? Księgową, Jolantę K. (53 l.) sąd ustanowił opiekunką prawną 65-latka w listopadzie 2015 r. Leszek N. został całkowicie ubezwłasnowolniony ze względu na upośledzenie umysłowe. Znajdował się też pod nadzorem opieki społecznej, ale mieszkał sam. „Leszek N. był skrytym człowiekiem, zamkniętym w sobie. Miał swój pokój, o którym mówił, że to cały jego świat. Unikał kontaktu z ludźmi, w związku z tym nie był agresywny, był mało rozmowny. Nigdy nie szukał kontaktu, a tym bardziej zaczepki z kimkolwiek. Zbierał różne rzeczy, np. kupował na bazarze stare i nieprzydatne przedmioty, ale takiego lizaka policyjnego u niego nie widziałam. Wstawał bardzo wcześnie rano i przez wiele lat, dopóki była czynna piekarnia na ul. Piastowskiej, chodził tam po bułki już o gdy otwierali. Później, jak piekarnię zlikwidowano, kupował bułki o rano na targowisku.” Siostra ofiary w czasie rozprawy mówiła niewiele. „Chciałabym tylko tyle powiedzieć, że brak mi słów” - stwierdziła. Od dawna słyszał głosy demonów Więcej do powiedzenia miała natomiast siostra oskarżonego. Joanna K. (36 l.) wspomina, że jej brat miewał od dłuższego czasu stany depresyjne. Opowiadał, że jest śledzony, podsłuchiwany, opowiadał dziwne historie. „Brat podejmował próby leczenia u psychiatry, ale ich nie kontynuował. Wypierał z siebie, że jest chory psychicznie. W maju 2016 r. brat przez telefon przez ponad półtorej godziny opowiadał mi o szatanach, o demonach. Sam o sobie mówił, że jego panem jest szatan, że ja jestem jego podwładną, tzn. brata, i mam wykonywać jego polecenia.” Jedną z takich rozmów kobieta nagrała, by udowodnić Marcinowi, że musi się leczyć. Nagranie to zostało zabezpieczone przez policję. Partnerka Marcina, Dorota K. również przyznaje, że od początku ich związku w 2014 r. miało miejsce wiele sytuacji, których nie umiała wyjaśnić. „Marcin zachowywał się co najmniej dziwnie. Miał różnego rodzaju wizje, twierdził, ze widzi demony, słyszy szczekanie psów i w tym szczekaniu słyszy głosy demonów. Twierdził, że jest śledzony, a wręcz prześladowany i że ja jestem tą osobą prześladującą.” Ona także namawiała go na leczenie, które za każdym razem przerywał zirytowany tym, że jego odczucia są za każdym razem wiązane z zażywaniem narkotyków. „Wypędzanie demona” było tylko makabryczną grą? W czasie 4-tygodniowej obserwacji w szpitalu psychiatrycznym biegli wykluczyli upośledzenie, choroby psychiczne i zaburzenia psychotyczne, za to rozpoznali u podejrzanego osobowość dyssocjalną, zespół uzależnienia mieszanego od alkoholu i narkotyków, pod mieszanką których znajdował się tamtego dnia oraz symulację zaburzeń psychicznych w celu manipulowania biegłymi i sądem. W momencie zabójstwa był poczytalny. „To, co wyjaśnił oskarżony, nie ma charakteru chorobowego. Opowieść oskarżonego określić można jako fikcję literacką opartą na jego dużym zainteresowaniu (co sam stwierdził) i okultyzmem, i literaturą tematu, czy filmami. Nie możemy wykluczyć, że oparł ją na własnych doświadczeniach z przeszłości, to jest zażywaniu narkotyków.” Skłonność do agresji uznano za jedną z cech osobowości oskarżonego. To również cechy osobowości zadecydowały o wyborze takich, a nie innych zainteresowań. 20 marca tego roku Sąd Okręgowy w Legnicy uznał Marcina M. winnym zabójstwa oraz posiadania środków odurzających wymierzając mu karę łączną 25 lat więzienia. Ze względu na brutalność, bezzasadność i nieodwracalność czynu, o warunkowe zwolnienie będzie się mógł starać dopiero po 20 latach więzienia. Na poczet kary zaliczono mu czas pobytu w tymczasowym areszcie. Zatłukł przypadkowego przechodnia! Widział w nim demona Magda umierała w ciszy na oczach dzieci. Skatował ją pijany zwyrodnialec /5 Grób ofiary Piotr Twardysko / Leszek N. był samotnikiem. Z nikim nie szukał zwady /5 Bliscy zamordowanego Piotr Twardysko / BRAK Siostra i opiekunka zamordowanego mężczyzny nie mogą uwierzyć w to, co się stało /5 Sąd Piotr Twardysko / BRAK Sąd w Legnicy skazał Marcina M. na 25 lat więzienia z możliwością warunkowego zwolnienia dopiero po 20 latach /5 Zabójca z Legnicy Piotr Twardysko / BRAK Zabójca z Legnicy twierdził, że próbował wypędzić demona /5 Grób ofiary Piotr Twardysko / Teraz przeprasza, ale nie zwróci to życia zamordowanemu człowiekowi Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Wszystkie historie znajdziecie tutaj. Napisz list do redakcji: List do redakcji Podziel się tym artykułem:

co sie stało pod legnicą